Jesień w Górach Lubowelskich: Szlaki mniej uczęszczane
Gdy idziesz grzbietem Beskidu Sądeckiego, nazwy mijanych szczytów brzmią obco, a jednak znajomo. Magura, Kiczera, Przysłop, Magurica. To nie są słowa z polskiej gramatyki — to żywe skamieliny po dawnych pasterzach, którzy kilkaset lat temu zmienili oblicze tych gór.
Wędrowali wzdłuż całego łuku Karpat — od dzisiejszej Rumunii, przez Pokucie, Bieszczady, Beskid Niski, aż po Sądecczyznę i Tatry. Wołosi. Lud pasterski, który przeniósł na swoje barki tradycję wypasu owiec, wyrobu serów i specyficznego prawa zwanego wolnoą pasterską.
Słowo, które zostało w krajobrazie
W języku wołoskim słowo măgura oznaczało po prostu samotną, kopulastą górę, wybijającą się wyżej niż otaczający ją teren. Dziś na mapie samych polskich Karpat znajdziemy kilkadziesiąt Magur. Przysiółek pod Eliaszówką wziął swoją nazwę dokładnie z tego samego źródła.
„To oni nauczyli tutejszych ludzi, jak żyć z górskiej ziemi — nie przez jej karczowanie pod ciężkie pługi, ale przez współistnienie z halami i lasem.”
Zanim na te teren przybyli pasterze wołoscy, góry wyższe niż 600–700 metrów n.p.m. były niemal całkowicie bezludne. Gęsta knieja i surowy klimat odstraszały osadników rolniczych z dolin. Dopiero kultura wołoska przyniosła umiejętność wykorzystania tego, co góry miały najlepszego do zaoferowania.
Co z nich zostało w nas?
Gdy patrzę na ścieżki wokół naszej chaty, widzę ślady tamtej gospodarki. Zarastające polany, dawne granice miedz i specyficzne gwarowe określenia, które do dziś używane są w okolicy Piwnicznej-Zdroju. Czarni Górale nadpopradzcy przejęli od Wołochów bardzo wiele — od kroju obuwia i opanków, po melodie i sposób prowadzenia stad.